Antonio Hortelano
Klemens Hofbauer w dziesięciu lekcjach
- Droga powołania
Klemens Maria Hofbauer urodził się w Tasowicach (Morawy) w 1751 roku. Zmarł w 1820 w Wiedniu. Jeden z najbardziej dręczących problemów jego życia, zabieganego i prawie z powieści, obraca się wokół trudnego zagadnienia jego powołania.
Po ukończeniu klas szkoły podstawowej w 1767, Klemens starał się wyuczyć zawodu piekarza. Jego matka, wdowa pochodząca z rodziny rzemieślniczej, nie mogła marzyć, aby mu zagwarantować wyższe wykształcenie. Stąd Klemens pracował jako piekarz najpierw w Znojmie, a potem w opactwie Klosterbruck. Z pewnością właśnie w opactwie dojrzało w nim powołanie eklezjalne. I można powiedzieć, że wtedy rozpoczęła się w nim walka o zrealizowanie tegoż powołania. Była to walka tytaniczna i inspirująca, która posłużyłaby do napisania scenariusza filmowego o wysokiej jakości.
Ponieważ drzwi do kapłaństwa były dla niego zamknięte z powodu braku środków ekonomicznych, Klemens postanowił zostać pustelnikiem, rzecz często jeszcze spotykana w tamtych czasach. I jak myślał, tak zrobił. Tym sposobem rozpoczął swoje pustelnicze doświadczenie w Mühlfrauen, blisko jego rodzinnych stron. Jednak jego gorące pragnienie, aby poświęcić się Bogu, jego miłość do Rzymu i swego rodzaju romantyczna nostalgia za południem popchnęły go do definitywnego opuszczenia – tak przynajmniej uważał – swojego rodzinnego kraju, aby zamienić go na słodki klimat Włoch. W 1771 rozpoczął życie pustelnicze w Tivoli pod macierzyńskim płaszczem Matki Bożej z Quintiliolo. Hofbauer czuł, że znalazł się na szczycie własnego szczęścia. Życie poświęcone spokojnej i pogodnej modlitwie w samotności cudownego miejsca wydawało mu się rajem. Uważał, że wreszcie odnalazł swoje powołanie i że odnalazł wystarczającą rekompensatę w zamian za ideał kapłański, który tak gorąco go pociągnął, a którego osiągnięcie było dla niego niemożliwe pod każdym względem.
Szybko jednak się przekonał, że był w błędzie. Pustelnik z Tivoli owszem był człowiekiem kontemplacji, ale zarazem posiadał naturę apostoła i instynktownie czuł się przeznaczony do dokonania wielu i wielkich rzeczy na chwałę Boga. W milczeniu i pokoju owych dni ta strona charakteru Hofbauera kształtowała się i wyróżniała coraz bardziej. Tivoli było swego rodzaju nowicjatem dla jego apostolskiego życia. Rozumiał, że ani życie pustelnicze ani zawód piekarza nie były celem jego życia. Ponownie zaczął myśleć o problemie swojego powołania. Po głębokim zastanowieniu doszedł do mocnego przekonania, że Bóg wzywał go do życia apostolatu i, oddając się w ręce Opatrzności, postanowił opuścić Włochy i powrócić do ojczystego kraju, aby tam poświęcić się studiom kościelnym. Pewnego dnia brat Klemens opuścił swoją pustelnię nie żegnając się nawet ze swoimi towarzyszami.
Być może za pośrednictwem swojego kuzyna Jana został przyjęty na ucznia w szkole humanistycznej w opactwie Klosterbruck. Miał wówczas dwadzieścia jeden lat. Normalny wstyd, którego doświadczał rozpoczynając naukę w gimnazjum w wieku, kiedy inni je kończyli, bez wątpienia był kompensowany przekonaniem, że przynajmniej teraz kroczył drogą, która prowadziła go wprost do kapłaństwa. Jedynie brak czasu na modlitwę spowodowany studiami i innymi obowiązkami w opactwie wprawiał w smutek młodego ascetę. Kontrast pomiędzy Tivoli i Klosterbruk był naprawdę wielki!
Po czterech latach przyszła nowa przeszkoda. Hofbauer opuszcza studia i wyrzeka się myśli, aby zostać kapłanem. Nie wiemy nic konkretnego odnośnie przyczyny, która skłoniła go do podobnej decyzji. Być może, że na początku myślał o zostaniu premonstratensem i z taką myślą został przyjęty do szkoły opactwa. Jednak powoli dochodził do wniosku, że nie miał powołania na księdza-mnicha. Klemens postanowił więc powrócić do życia pustelniczego. Po raz trzeci skierował się do Rzymu z myślą – wydaje się – aby ponownie zostać w Tivoli. Ostatecznie jednak postanowił żyć jako pustelnik w swoim rodzinnym kraju. Za pozwoleniem władz osiedlił się zatem jako pustelnik na tamtejszej ziemi. Niezadowolony jednak z nowej pustelni, która okazała się niezbyt samotna z powodu wielu pielgrzymek, zwrócił się do władz Moraw z prośbą o przyznanie mu opuszczonej pustelni w pobliżu Znojma, położonej w przepięknej dolinie otoczonej lasami i wystarczająco oddalonej od najbliższej miejscowości. Ponieważ jego prośba została odrzucona, zostawia swój projekt życia pustelniczego jako niemożliwy do zrealizowania i postanawia definitywnie poświęcić się zawodowi piekarza. Prawdopodobnie na początku 1780 roku przenosi się do Wiednia, gdzie zaczyna pracować w piekarni o znanej nazwie „Pod żelazną gruszą”.
Możemy streścić historię młodości Klemensa w następujących słowach: piekarz, pustelnik, student, pustelnik, piekarz. Zamiast przybliżyć się do mety, zakreślił koło. Po dziesięciu latach wysiłku powrócił do punktu wyjścia. Zwyczajnie takie upadki napełniają goryczą serca młodzieńcze i wielkoduszne. Hofbauer przybył do Wiednia prawdopodobnie z sercem wypełnionym głębokim smutkiem: stan przeciwny byłby niemożliwy i nienaturalny. Nie czuł się też odsunięty od życia: nie. Wszystkie jego myśli były zakotwiczone w Bożej Opatrzności. Być może tylko jedna myśl niepokoiła go. Nie próbował oprzeć się zamiarom Boga, który wydawał się przeznaczać go światu? Pocieszał się jednak myślą, że jego błąd był święty i szlachetny i że lata życia pustelniczego nie były stratą czasu. Zgromadził w samotności wspaniały skarb łaski i siły duchowej na resztę życia. Z takim nastawieniem ducha Klemens rozpoczął w Wiedniu pracę piekarza. Zagadnienie jego powołania wydawało się ostatecznie rozwiązane. Czas najwyższy. Klemens miał wówczas prawie trzydzieści lat. Jednak nie rzucił jeszcze ostatniej karty w pracowitym i prawie romantycznym problemie swojego powołania.
Miał zwyczaj pomagać podczas mszy w olbrzymiej katedrze św. Szczepana. Swoją skromnością i pobożnością zwrócił uwagę trzech szlachetnych dam, sióstr von Maul. Pewnej niedzieli, zaskoczone niespodziewaną ulewą, zatrzymały się w kruchcie katedry. W tym właśnie momencie wychodził Hofbauer. Zdał sobie sprawę z sytuacji i grzecznie podszedł do nich z zapytaniem czy nie chcą, aby wezwał jakiś powóz. Propozycja została przyjęta z wdzięcznością i Hofbauer, który miał iść w tym samym kierunku, został zaproszony do powozu przez damy. Krótki odcinek drogi od św. Szczepana do ulicy Singer, gdzie mieszkały, zadecydował o losie Hofbauera. Damy uważały, że Klemens był kandydatem do kapłaństwa. „To było moim marzeniem do dzieciństwa, powiedział Klemens, ale z wielkim żalem musiałem wyrzec się tego planu z braku środków ekonomicznych”. „To nie problem, odpowiedziały, jesteśmy gotowe dać to wszystko, co będziesz potrzebował”. Można łatwo sobie wyobrazić twarz Hofbauera owego deszczowego dnia 1780 roku. Problem pieniędzy był przeszkodą nie do przezwyciężenia w jego kapłańskim powołaniu. Teraz otwierała się przed nim droga wolna i pełna nadziei. Nadeszła jego godzina. Właściciel piekarni, mistrz Weyrig, usiłował go zatrzymać, ponieważ bardzo go cenił. Nawet ofiarował mu rękę swojej córki. W kim innym być może taka propozycja spowodowałaby kryzys powołaniowy. Jednak nie w Hofbauerze.
Po opuszczeniu piekarni Klemens wstąpił na uniwersytet w Wiedniu. Z pewnością nie było dla niego rzeczą łatwą podjęcie studiów po tak długiej przerwie. Jak sam opowiadał później, musiał poświęcić wiele nocy na naukę, aby móc kontynuować studia.
Wydarzeniem o wielkich konsekwencjach dla Klemensa w przyszłości było spotkanie w tym czasie z pismami Alfonsa de Liguori. Wśród literatury ascetycznej, gdzie dominował duch jansenistyczny lub racjonalistyczny, książki Alfonsa były prawdziwą rewolucją duchową i powrotem do prawdziwego wyczucia Kościoła. Hofbauer poczuł głęboki szacunek do ich autora, nic nie wiedząc jeszcze o Zgromadzeniu misjonarzy, które Alfons założył w 1732 roku w Królestwie Neapolu i w rozwoju którego on sam miał odegrać tak znaczącą rolę.
Klemens odczuwał wielką radość w czasie studiów w Wiedniu sądząc, że zbliżał się do upragnionego celu. Odczuwał jednak także głęboki niepokój, ponieważ ani jako ksiądz ani jako zakonnik nie mógł liczyć w swojej ojczyźnie na przyszłość, która odpowiadałaby jego wielkim ideałom. Na dodatek szereg cesarskich rozkazów groziło Hofbauerowi opóźnieniem kapłaństwa do wieku czterdziestu lat. Jest więc zrozumiałe, że wobec takich okoliczności Klemens postanowił opuścić Wiedeń. Jesienią 1784 postanowił, tak jak w poprzednich latach, wybrać się w pielgrzymce do Rzymu, ale tym razem z zamiarem, aby pozostać w Wiecznym Mieście i tam, jeśli byłoby to możliwe, kontynuować studia. Nie mamy pewności czy wcześniej zdecydował się zostać kapłanem świeckim czy wybrać stan zakonny. Jednak decyzja, aby kontynuować studia w Rzymie skłania do wniosku, że myślał o wstąpieniu do jakiegoś klasztoru, ponieważ bez odpowiednich środków nie miał żadnej możliwości, aby dojść do kapłaństwa. We wrześniu 1784 roku, w towarzystwie swojego przyjaciela Tadeusza Hübla, przekroczył Alpy mając przed sobą przyszłość niepewną, ale intrygującą.
Mówiąc po ludzku, to zwykły przypadek przyprowadził ich w Rzymie do kościoła św. Juliana. Jednak Hofbauer widzi w tym, co się wydarzyło szczególny zamysł Opatrzności. Dwaj pielgrzymi zatrzymali się blisko bazyliki Matki Bożej Większej. Postanowili pójść nazajutrz do tego kościoła, w którym najpierw uderzą dzwony. Takim sposobem dotarli do kościółka św. Juliana. Szybko zdali sobie sprawę, że był to klasztor, ponieważ zakonnicy byli zebrani na modlitwie. To, co Hofbauer zobaczył, wywarło na nim głębokie wrażenie. Wychodząc z kaplicy zapytał małe dziecko o to, kim są owi zakonnicy: „To redemptoryści, odpowiedziało dziecko, i ty zostaniesz jednym z nich”. Być może, że ta odpowiedź była zwykłym żartem, ale Hofbauer przyjął ją jako Bożą wskazówkę. Poprosił o spotkanie z rektorem domu. Rektor, a był nim ojciec Landi, jeden z najstarszych towarzyszy Alfonsa, przedstawił mu w skrócie cel założenia Instytutu, a nawet przedstawił mu prośbę o przyjęcie, aby Klemens natychmiast ją podpisał. Hofbauer dokonał najważniejszego kroku w swoim życiu trochę tak jakby był nieprzytomny. Bez proszenia o czas do namysłu i bez stawiania innych pytań. I mówiąc prawdę, nie został oszukany. Ideał Zgromadzenia: „Kroczyć za Chrystusem głosząc Ewangelię ubogim” odpowiadał doskonale jego najbardziej intymnym pragnieniom. Odnalazł swoje miejsce. Dotychczas upodobanie do samotności i zapał do działania duszpasterskiego prowadziły walkę o jego duszę. Pierwsze doprowadziło go do pustelni, drugi wyciągnął go stamtąd. Reguła Zgromadzenia łączyła harmonijnie uświęcenie osobiste z apostolatem. Stąd też Hofbauer stał się redemptorystą w duszą i ciałem. Jego powołanie, po długim i trudnym procesie, zostało zrealizowane w sposób pełny
2. Życie według Ducha
Mieszanka krwi słowiańskiej i germańskiej Hofbauera – jego ojciec był Czechem a matka Niemką – rzucała się w oczy od pierwszego spojrzenia. Średni wzrost, mocna pierś, szerokie plecy przypominały typ Niemca z południa Moraw. Natomiast małe oczy, dobrze uformowana głowa, delikatne dłonie były oznaką wpływów słowiańskich.
Coś podobnego działo się także w jego świecie psychicznym, w którym wielka moc i siła woli łączyła się z delikatnością i subtelnością ducha, rzadko kiedy spotykaną. Posiadał nadzwyczajnie silny charakter, który niekiedy przekraczał granice roztropności. Na przykład, któregoś razu kazał spożyć posiłek na podłodze ówczesnemu przełożonemu, ojcu Passeratowi, za to jedynie, że przyszedł późno do refektarza. Jednak obok tego wybuchowego charakteru, właściwego ludziom działania, posiadał nadzwyczajną wrażliwość. Wystarczała mała przykrość lub zła wiadomość, aby pozbawić go snu. Z okresu jego wielkiej aktywności znamy przynajmniej sześć przypadków, kiedy zmęczenie fizyczne i wstrząsy natury psychologicznej były przyczyną ciężkich chorób. Tak ze względu na ciało, jak i na ducha nasz święty był stworzony, aby dokonać wielkich rzeczy i także aby wiele cierpieć.
Natura ta tak wspaniale obdarzona powoli nabierała blasku i doskonałości dzięki wysiłkowi duchowemu i ascetycznemu Hofbauera. Cechą charakterystyczną jego duchowości było znaczenie wiary, która ukazywała się wspaniale w sposobie, w jaki Klemens obcował z Chrystusem w czasie Eucharystii. Ci, którzy obserwowali go jak celebrował najświętszą Ofiarę, nie znajdowali słów, aby opisać głębokie wrażenie, jakiego doznali. Innym punktem, w którym ukazywał się duch wiary Hofbauera była jego pobożność maryjna, która stała się dla niego czymś w rodzaju biologicznej potrzeby. Różaniec był dla niego jedną z jego ulubionych pobożnych praktyk. Dawał mu ogromne znaczenie w swoim apostolacie, zwłaszcza w trudnych przypadkach, na które napotykał. Jedyna rozrywka, na jaką sobie pozwalał w pełnym zabiegania życiu apostolskim to nawiedzanie sanktuariów maryjnych. Dwa razy udał się pieszo do Maria-Schossberg na Węgrzech. Nawiedził również Maria-Taferl. Jednak jego ulubionym sanktuarium było zawsze Mariazell w Austrii. Nabożeństwo do Eucharystii i do Matki Bożej spotęgowało się w nim jako energiczna reakcja jego wiary wobec jansenistycznego ducha tego okresu, który usiłował zdusić te formy pobożności i przykryć je warstwą lodu.
Wynikiem te szczerej i pełnej przekonania duchowości był nadzwyczajny wpływ, jaki Hofbauer wywierał na tych wszystkich, którzy go otaczali. Ta moc przyciągania owszem zależała w dużej mierze od jego wybitnej i mocnej osobowości właściwej wielkim ludziom. Wyjaśnia ona dlaczego Zachariasz Werner stawiał Hofbauera na równi z Goethem i Napoleonem, których nazywał silnymi osobowościami swojej epoki. Owa siła oddziaływania poddana wierze uczyniła z Hofbauera prawdziwego bohatera katolicyzmu w tych trudnych czasach. Jego wiara nie była jedynie teoretyczna i spekulatywna, ale aktywna i dynamiczna.
Jeden z towarzyszy Klemensa, ojciec Passerat, który z powodu swojego charakteru czuł się szczególnie skłonny ku kontemplacji, cierpiał wiele widząc – według niego – zbyt nadmierną aktywność, jaką Klemens rozwijał w domu i poza nim. W tym sensie informował także przełożonego generalnego. Innego zdania był nuncjusz w Warszawie. „Wasz ojciec Hofbauer, pisał do Rzymu, jest apostołem w pełnym tego słowa znaczeniu (...); jego działalność mogłaby się wydawać nadmierną, ale ja nie sądzę, aby tak było, jeżeli weźmiemy pod uwagę aktualne potrzeby Kościoła”. Ze swej strony Hofbauer wyjaśniał przełożonemu generalnemu: „Gdyby kapłani francuscy pracowali więcej, nie miałaby miejsca rewolucja we Francji”. Hofbauer zwłaszcza nie mógł przebaczyć Francuzom jansenizmu, którym byli przeniknięci. Na temat samego Passerata pisał do Rzymu: „Jest to ojciec bardzo rozmodlony, ale byłoby dobrze, gdyby pracował trochę więcej”. Pomimo nieustannej aktywności, jaką Klemens rozwinął przez całe swoje życie, nie ma w nim najmniejszego cienia owego pośpiechu i nerwowości, która pojawia się często u osób wyczerpanych pracą. Według świadectwa tych, którzy poznali go bezpośrednio, Klemens wywoływał zawsze wrażenie łagodnego i niczym niezmąconego pokoju.
Jest rzeczą zbyteczną dodawanie szczegółowego osądu wszystkich cnót praktykowanych przez Hofbauera. Kościół wypowiedział się ostatecznie na ten temat. Na mocy swojego nauczania ogłosił, że Jan Klemens Maria Hofbauer praktykował przez całe swoje życie, w stopniu heroicznym, wszystkie cnoty teologalne i moralne. Był pierwszą osobą XIX wieku, która została ogłoszona świętą przez Kościół.
3. Miłość do własnej rodziny zakonnej
Krótko po wstąpieniu do Zgromadzenia Hofbauer był już redemptorystą pełnym entuzjazmu i przekonania. Od pierwszej chwili postanowił poświęcić się duszą i ciałem rozszerzeniu Zgromadzenia poza Alpy. Instytut o uniwersalnym przeznaczeniu nie mógł ograniczyć się do małego królestwa, jak to się działo ze Zgromadzeniem Najświętszego Odkupiciela. „Jeśli Zgromadzenie nie wyjdzie poza granice Królestwa Neapolitańskiego, to nigdy nie stanie się zgromadzeniem w pełnym tego słowa znaczeniu”, mawiał założyciel św. Alfons. Wiadomość o przyjęciu dwóch Niemców w Rzymie, obiegła bardzo szybko domy Neapolu. Dla małego Zgromadzenia, składającego się wyłącznie z neapolitańczyków, przyjęcie dwóch cudzoziemców było wielkim wydarzeniem. Jednak projekt owych dwóch Niemców, aby założyć dom w Wiedniu, wywołał niejedno szyderstwo pośród redemptorystów w Neapolu. Nie wolno zapominać, że Włosi, a szczególnie neapolitańczycy, są dość przeciwni opuszczaniu ojczystej ziemi. Jednak święty Alfons oczekiwał, że ci dwaj Niemcy przyniosą Bogu dużo chwały w północnych krajach.
Prawdopodobnie w październiku 1785 roku Hofbauer i Hübl, już jako kapłani, wyruszyli do Austrii. Otrzymali błogosławieństwo Piusa VI, który rozentuzjazmował się ich projektem założenia domu w Wiedniu. Po wielu próbach w cesarskim mieście, wobec niemożności uzyskania pozwolenia na fundację, Hofbauer postanowił przenieść się do Rusi Białej, gdzie pracowało wielu dawnych jezuitów niemieckich po kasacie Towarzystwa Jezusowego. Było to dużo lepsze wyjście niż pozostanie w bezczynności w którymś z włoskich domów.
W 1787 roku Klemens przybył do Warszawy. Jego projekt został tam podwójnie zweryfikowany. Nuncjusz Saluzzo przeznaczył najpierw obydwu redemptorystów do Stralsundu na Pomorzu Szwedzkim, ponieważ na Białorusi była już wystarczająca liczba misjonarzy. Niedługo potem zmienił jednak decyzję i nakazał im pozostać w Warszawie, gdzie mieli zająć się kościołem świętego Benona i objąć opieką duszpasterską Niemców.
W krótkim czasie kościół św. Benona stał się wspaniałym centrum apostolstwa dzięki inicjatywie i entuzjazmowi dwóch redemptorystów. W umyśle Hofbauera zrodził się śmiały projekt założenia w Państwie Kościelnym domu formacyjnego dla młodych Niemców i Polaków, którzy chcieli wstąpić do Instytutu. Dom ten miał stać się czymś w rodzaju domu-matki dla licznych klasztorów redemptorystowskich na północ od Alp. Realizacja tego wielkiego projektu upadło ze względu na trudności napotkane w Rzymie. Klemens przez całe życie nosił w sercu zadrę z powodu tego niewypału. „Gdybym wówczas został wysłuchany w Rzymie, mielibyśmy teraz Niemcy pełne redemptorystów”.
Instynktownie Hofbauer czuje się pionierem Zgromadzenia. Jego prozelicka gorliwość nie wynika z nakazu przełożonych, ale jest owocem własnych rozważań i pragnień. Sam wyznaczył sobie tę misję i będzie pracował na jej rzecz z godnym podziwu uporem. Zgromadzić szybko jak największą liczbę redemptorystów, wpoić im gorącego ducha apostolskiego i wysłać ich we wszystkie strony świata, oto cel wszystkich jego zamierzeń i przedsięwzięć. Całe jego życie to nieustanne snucie planów fundacyjnych, które ludzie i okoliczności postarają się unicestwić.
W 1790 roku Hofbauer rozpoczyna negocjacje w sprawie fundacji w Bawarii, która nie doszła do skutku. Później myśli o Francji, mając nadzieję, że rychło wróci spokój do tego kraju wzburzonego przez rewolucję. W 1795 roku otwiera misję w Mitawie w Kurlandii, na terenie dzisiejszej Łotwy. Wkrótce potem udaje się do Wiednia, aby ponownie sprawdzić możliwości założenia domu w Wiedniu, ale ziemia zatruta józefinizmem nie była jeszcze gotowa.
W 1797 roku przybywa do Szwajcarii, aby założyć dom w Wollerau, blisko jeziora Zürich. Projekt upada z powodu planów francuskich zmierzających do przyłączenia narodu szwajcarskiego. Przełożony Generalny Blasucci zaczął się niepokoić tą – według niego – przesadną gorliwością Hofbauera i jego pragnieniem, aby powrócić do swojego ojczystego kraju, na co Klemens odpowiedział, robiąc aluzję, nie pozbawioną lekkiej ironii, do ignorancji Włochów w kwestii geografii: „Szwajcaria leży dalej od mojej ojczyzny, mówił, niż Włochy od Szwajcarii. Moje intencje są bardziej czyste”.
W 1803 roku Hofbauer rozpoczyna fundację w Jestetten i krótko potem w Tribergu, obydwie w Szwajcarii. Tego samego roku wybrał się w długą podróż do Francji, gdzie Napoleon został właśnie mianowany pierwszym konsulem. Ubrany w robotniczy kitel przybył aż do Champagne i osobiście sprawdził możliwości nowej fundacji. Inicjatywa musiała wyjść od księżnej Angulema, córki Ludwika XVI, która przebywała wówczas w Kurlandii, gdzie musiała poznać redemptorystów. Hofbauer opuścił Francję przekonany, że na razie nie można marzyć o fundacji na terytorium francuskim.
Dwa lata później fundacje w Jestetten i Triberg, nękane przez kler o tendencjach racjonalistycznych, musiały zostać zamknięte. Została otwarta jednak nowa w Babenhausen (Szwabia), zamknięta rok później przez oświeceniowych władców Bawarii.
Wobec tych nieustannych niepowodzeń, Hofbauer skierował swoje spojrzenie ku Ameryce, a konkretnie ku Kanadzie, gdzie miał nadzieję na znalezienie wolności, której tak ostro pozbawiano go w Europie. W Ameryce mógłby formować misjonarzy w wystarczającej liczbie i niezbędnych, aby ponownie móc schrystianizować stary kontynent. Niepokoił go jedynie w tym momencie problem podróży morskiej, ponieważ Francja i Anglia znajdowały się w stanie wojny. Tymczasowo i w oczekiwaniu na otwarcie drogi do Ameryki, redemptoryści z Babenhausen schronili się w Chur, skąd przenieśli się do Wallis (Szwajcaria).
W 1808 roku Klemens otrzymał bolesny cios w duszę: kasata kwitnącego dzieła przy św. Benonie i wypędzenie redemptorystów z Polski na mocy osobistego rozkazu Napoleona. Pan Europy pisał do swojego ministra spraw zagranicznych: „owi mnisi (redemptoryści) to odrodzeni jezuici i posiadają śmiertelną nienawiść do Francji”. Mówiąc po ludzku, wszystkie wysiłki Hofbauera, aby rozprzestrzenić Instytut zakończyły się całkowitym niepowodzeniem. Ze złamanym sercem przybył Klemens do Wiednia przy końcu września 1808 roku. Na domiar złego, otrzymał tutaj krótko potem wiadomość, że jedyna pozostała wspólnota z Wallis w Szwajcarii została rozwiązana.
Mimo tych wszystkich przeciwności, Hofbauer nie zniechęcił się. Na skromnej posadzie kapelana sióstr urszulanek w Wiedniu nie zaprzestał snuć dalszych projektów. W 1815 roku przyjął misję w Rumunii z intencją założenia w Bukareszcie nowego św. Benona, który posłużyłby jako baza do nawrócenia Rumunów, Bułgarów i Greków. A nawet zachwycił się ideą pójścia dalej poza Bałkany, aby zakładać placówki misyjne na wchodzie. Prawie w tym samym czasie zarządził wysłanie grupy misjonarzy na Ukrainę i Krym. Jednak wielce obiecujące oczekiwania rozwiały się wobec oporu prawosławnych.
Redemptoryści włoscy traktowali trochę żartobliwie marzenia Hofbauera o ekspansji Zgromadzenia. Jednak stopniowo horyzont zaczął się przejaśniać. W 1818 roku można było rozpocząć fundację w Valssainte (Szwajcaria), wykorzystując do tego celu stary klasztor kartuzów, który, chociaż nie odpowiadał pragnieniom Klemensa, oznaczał przynajmniej prowizoryczny przytułek dla rozproszonych redemptorystów. W 1820 roku, dzięki pośrednictwu papieża, cesarz Franciszek II postanowił zezwolić w Austrii na obecność Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela, a nawet ofiarował redemptorystom wspaniały gotycki kościół Maria Stiegen1. Hofbauer, poinformowany o pogłoskach, jakie krążyły na cesarskim dworze, przedstawił tekst reguły redemptorystów dostosowany do specyficznej sytuacji austriackiego kościoła. Jedną z nowości wprowadzonych do tekstu było nauczanie. Klemens na swoją rękę rozpoczął przygotowania do fundacji. Jednak podobnie jak Mojżesz, także Hofbauer nie wszedł do ziemi obiecanej. Mimo czterdziestoletniego oczekiwania na osiedlenie się Zgromadzenia w Europie środkowej, Klemens miał przeczucie, że cesarska aprobata nadejdzie po jego śmierci. „Kiedy umrę, mówił, zostaną założone liczne domy Zgromadzenia w Austrii i Instytut rozprzestrzeni się wśród wielu narodów”.
Rzeczywiście był prorokiem: 15 marca 1820, kiedy dzwony biły na Anioł Pański w południe, oddał Bogu swoją nieustraszoną duszę. Kilka tygodni później Zgromadzenie zostało zatwierdzone. W dniu 2 sierpnia rozpoczął się oficjalnie nowicjat w Maria Stiegen. Ziarno zasiane przez Hofbauera wzeszło bardzo szybko na całym świecie. Od niego pochodzą w linii prostej praktycznie wszystkie wspólnoty redemptorystowskie rozsiane dzisiaj na wszystkich kontynentach: w Europie, Ameryce, Azji, Afryce i Oceanii.
4. Wierność Kościołowi
Osią, wokół której obracała się cała intensywna działalność Hofbauera była jego niezwykła i zdecydowana miłość do Kościoła. Wszystkie projekty i plany rozważał pod tym właśnie aspektem. Stąd uniwersalizm i szerokość jego inicjatyw. Zaskakuje nas zawsze, kiedy robi bardzo śmiałe plany, które nam dzisiaj wydają się czymś urojonym. W swojej wyobraźni Hofbauer widzi siebie na czele legionu misjonarzy, których rozdziela na wszystkie strony świata. Ufa najpierw w nawrócenie Szwajcarii i Niemiec. Później rozważa możliwość przyprowadzenia narodów bałkańskich do owczarni Kościoła, a nawet dotarcia do Azji i Ameryki. Nie jest jednak marzycielem z głową w chmurach, ale człowiekiem czynu. Marzy o przyszłości, ale zarazem stoi mocno w teraźniejszości. Gdziekolwiek się zatrzymuje, natychmiast z niezwykłą siłą rozwija się wokół niego życie katolickie. Instynkt prowadzi go do wyczerpania aż do końca wszystkich możliwości apostolatu. Ideał, który przewodzi jego działalności, nie ma nic wspólnego z ciasnotą i małostkowością, ale jest prawdziwie katolicki i uniwersalny.
Idzie zawsze tam, gdzie widzi palącą potrzebę, gotów, by jej zaradzić, stając ponad uprzedzeniami i świeckimi ograniczeniami. W Warszawie pracuje gorliwie nad nawróceniem Żydów, których było bardzo dużo. Nawrócenia były tak liczne, że trzeba było wynająć pobliski dom, aby móc katechizować różne grupy katechumenów. Po upadku Napoleona, Hofbauer pracował intensywnie w Wiedniu nad nawróceniem protestantów. Często myślał o religijnym podziale Niemiec, który uważał za najbardziej tragiczne wydarzenie w historii narodowej. Wierzył szczerze, że nadszedł wreszcie czas tak upragnionej jedności. Kościół niemiecki, pomimo swych braków, fascynował wówczas najlepszych spośród braci odłączonych. To, czego jedynie brakowało – według Hofbauera – aby sprowokować falę nawróceń, to grup księży mądrych, szczerych i pełnych miłości na pierwszej linii. Temu właśnie apostolatowi poświęcił się on sam duszą i ciałem, osiągając pomyślne wyniki. Elita osób nawróconych, która gromadziła się wokół niego, była liczna i wyśmienita.
Wierność Hofbauera wobec Kościoła nie stała absolutnie w opozycji do jego wielkiej gorliwości, aby rozszerzać własny Instytut. Zachariasz Werner mawiał, że Klemens byłby doskonałym świętym, gdyby nie jego obsesja zakładania klasztorów. Sąd ten nie jest właściwy. Hofbauer był zupełnie obcy mentalności, która ma na widoku jedynie własny Instytut. Jego gorliwość, aby zakładać redemptorystowskie wspólnoty była jedynie realizowaniem jednego z punktów wielkiego planu, jaki sobie naszkicował w młodości: „Robić wielkie rzeczy dla Boga”. Klemens wiedział doskonale, że Kościół potrzebował w tym momencie ludzi wybranych tak na misje wewnętrzne jak i zewnętrzne, i zdawał sobie sprawę, że rodzące się Zgromadzenie, założone przez świętego Alfonsa, mogło wypełnić wiele pustek, jakie istniały w tym krytycznym momencie wśród duchowieństwa świeckiego i zakonnego; stąd też i tylko dla tego właśnie, Hofbauer stał się redemptorystowskim promotorem powołaniowym numer jeden.
Również nie sprzeciwiało się katolickiemu uniwersalizmowi Hofbauera, jego bezdyskusyjne umiłowanie ludu. Oprócz logicznego patriotyzmu, owo umiłowanie ludu było konkretnym przykładem miłości do Kościoła, bardzo wyczerpanego różnego rodzaju trudnościami w Niemczech. „Pomimo mojego podeszłego wieku, pisał do kardynała Litta, nie uciekam przed nałożeniem sobie nowych trudów dla Kościoła Bożego, zwłaszcza w mojej ojczyźnie. Nie ma obecnie kraju, gdzie religia byłaby bardziej narażona na niebezpieczeństwo i w którym istniałaby tak ogromna potrzeba księży”.
W wyniku Kongresu Wiedeńskiego, Hofbauer i grupa jego przyjaciół zrobili wszystko, aby na bieżąco informować Stolicę Apostolską o sytuacji religijnej Kościoła w Niemczech oraz wznowić relacje kulturalne, dyplomatyczne i prawne między obydwoma potęgami. Nie osiągnęli tego wszystkiego, czego pragnęli, ale ich wysiłki nie poszły na marne: religia, według nich, nie powinna być ograniczona do prywatnej sfery życia. Powinna przenikać wszystko: jednostki, społeczeństwo, państwo, całą ludzkość.
Jest prawdą, że ta mała grupka nie mogła za jednym zamachem i od razu skończyć z duchem antyklerykalnym, który był jeszcze bardzo mocny, ale z pewnością można powiedzieć, że po Kongresie Wiedeńskim i w dużej mierze dzięki ruchowi założonemu przez Hofbauera, rozpoczyna się w Austrii głęboka przemiana religijna. Na uniwersytecie rodzi się potężny prąd katolicki wśród profesorów i studentów. To samo dzieje się w literaturze. Zatwierdzenie Instytutu Najświętszego Odkupiciela oznacza kres prawodawstwa józefińskiego przeciwko zgromadzeniom zakonnym. Nawet polityka czyni zwrot w stronę prawicy, która osiągnie swój szczyt w roku 1848.
Słusznie mawiał arcybiskup Wiednia, kardynał Rauscher, jeden z ostatnich uczniów Hofbauera, że Klemens uczynił możliwym Konkordat i był jednym z najbardziej wpływowych odnowicieli życia katolickiego w Wiedniu.
Od początku swojego apostolatu w Warszawie Hofbauer postanowił założyć świeckie stowarzyszenie na wzór trzecich zakonów, jakie istniały przy zakonach żebrzących. Tworzyła je wybrana mniejszość kobiet i mężczyzn. Tak powstało „Stowarzyszenie Oblatów Najświętszego Odkupiciela”. Jego członkowie żyli w rodzinach, ale zobowiązywali się do wykonywania pewnych określonych ćwiczeń duchowych, jak na przykład codzienna medytacja. Zobowiązywali się przede wszystkim do apostolatu wśród świeckich, aby popierać Kościół i moralność chrześcijańską. Okresowo miały miejsce konferencje, w czasie których zastanawiano się nad najbardziej stosownymi środkami, aby osiągnąć zamierzony cel.
Stowarzyszeniu Oblatów zawdzięcza Hofbauer w dużej mierze głośny sukces własnej posługi. W krótkim czasie jego uczniowie rozproszyli się w licznych rodzinach i różnych warstwach społecznych pracując tam, gdzie działalność Klemensa nie mogła dotrzeć.
W czasie podróży do Niemiec i Austrii Hofbauer pozyskał wielu członków dla swojego Stowarzyszenia Oblatów, które szybko rozprzestrzeniło się w Polsce, na Śląsku, Morawach, w Czechach, Szwabii, Wiedniu... Doszedł zatem do wniosku, iż nadszedł czas, aby zredagować ostatecznie statuty tej grupy, by przedłożyć je do zatwierdzenia Stolicy Apostolskiej. Podajemy streszczenie owych statutów:
1. Liczba członków nie może być zbyt wielka. Mogą zostać przyjęte jedynie osoby prawdziwie wybrane, wypróbowane w cnocie i posiadające wielkie pragnienie, aby szerzyć królestwo Chrystusa.
2. Przed podjęciem decyzji o przyjęciu kandydatów, należy rozważyć ich cechy na uprzednim spotkaniu.
3. Czas próby winien trwać rok. Przysięga, poprzez którą następuje włączenie do Stowarzyszenia, będzie ważna przez dwa lata i jej formuła będzie zawierać przyrzeczenie niepodważalnej wierności Stolicy Apostolskiej i obietnicę budowania bliźniego przez dobry przykład, odsuwając go od fałszywych wartości świata i motywując do życia prawdziwie chrześcijańskiego.
4. Przynależność do Stowarzyszenia Oblatów należy zachować w tajemnicy. Oblat otrzyma imię zakonne oraz zewnętrzny znak, który będzie mógł nosić jedynie w domu.
5. W każdym mieście będzie mianowany miejscowy dyrektor, do którego należy przewodniczenie spotkaniom. Najwyższe kierownictwo całego Stowarzyszenia spoczywa na Wikariuszu Generalnym redemptorystów.
Zaledwie przybył do Wiednia po wypędzeniu z Warszawy, Hofbauer zaczął gromadzić wokół siebie coraz liczniejszą grupę przyjaciół i współpracowników. Wśród nowych przyjaciół znajdowali się: Fryderyk Schlegel - syn inspektora generalnego niemieckiego Kościoła protestanckiego, Jan i Filip Veit - studenci akademii malarstwa w Dreźnie, Anna Hartl - młoda kobieta wyróżniająca się kulturą i urodą, hrabina Julia Zichy - szlachetna postać wiedeńskiej arystokracji, Fryderyk von Klinkowström - główny współpracownik Hofbauera, obdarzony wieloma talentami, Fryderyk Overbeck – malarz, Adam Müller - porywczy i zapalczywy, Zachariasz Werner i wielu innych. Do nich należy zaliczyć także studentów, którzy przychodzili na dyskusje do jego domu.
Sprawozdanie policyjne z tego okresu czyni aluzję do istnienia w Wiedniu sekretnego klubu „Széchényi”, którego szefem – według sprawozdania – miał być pewien hrabia węgierski, natomiast jako zastępca miał działać ojciec Hofbauer. Owo stowarzyszenie miało za główny cel jedność z papieżem, krytykę wszystkich decyzji rządowych przeciwko władzy duchowej i wreszcie anulowanie Reformacji. W tym wszystkim jest prawdziwe jedynie to, że w domu hrabiego działało swego rodzaju ugrupowanie katolickie, ściśle związane z Hofbauerem i jego uczniami. Dwa razy w tygodniu spotykali się w domu hrabiego na wspólnym posiłku. Po posiłku dyskutowano i pracowano w grupie, rozmawiano o sytuacji Kościoła w Niemczech i na Węgrzech, gdzie hrabia zamierzał wprowadzić jezuitów i redemptorystów. Krąg utrzymywał stałe kontakty z przyjaciółmi rozproszonymi po całym Imperium.
Po zakończeniu Kongresu Wiedeńskiego, Schlegel został mianowany sekretarzem delegacji austriackiej we Frankfurcie, gdzie miano rozpatrywać kwestię Kościoła niemieckiego. Wraz z Helfferichem i Schlosserem, także dwoma uczniami Hofbauera, tworzył centrum opozycji wobec tych, którzy usiłowali zorganizować narodowy Kościół niemiecki, niezależny od Rzymu i podzielony według zasad oświeceniowych. Głównym zadaniem w owym momencie było informowanie na bieżąco Stolicy Apostolskiej. Dokumentacja docierała do Wiednia, gdzie Hofbauer wykorzystywał pomoc współbraci, aby ją przetłumaczyć i wysyłał do Rzymu.
Klemens pisał często do Schlegela, Helffericha i Schlossera, zachęcając do pracy na rzecz Kościoła. Czuł się przeniknięty ogromnym pragnieniem, aby ich odwiedzać. Czułość jego przyjaźni, która charakteryzowała całe jego życie, wydawała się wzrastać w miarę, jak zbliżał się do kresu życia. Źle rozumie świętych ten, kto wyobraża sobie, że postęp na drogach łaski niszczy w nich wszelkie ludzkie uczucia. W rzeczywistości nie ma przyjaźni bardziej intymnej i mocniejszej niż ta, która łączy dusze świętych.
5. Liturgia jako apostolat
Hofbauer był głęboko przeniknięty wartością liturgii. Jego liturgiczna żarliwość miała prawdopodobnie źródła w pobycie w opactwie w Klosterbruck. W kościele św. Benona w Warszawie do intensywnego przepowiadania dołączył wspaniały program różnych nabożeństw liturgicznych. Każdego dnia miało miejsce uroczyste wystawienie Najświętszego Sakramentu. O godzinie ósmej – Msza św. śpiewana. O dziesiątej uroczysta Msza św. w oprawie przygotowanej przez uczniów szkolnych. Po południu nawiedzenie Najświętszego Sakramentu i Droga Krzyżowa, w dni powszednie - nieszpory śpiewane. Wieczorem, już po rachunku sumienia, krótka lektura biografii świętego z następnego dnia. Wszystko było starannie przemyślane i przygotowane. Wierni włączali się do kultu z wielkim zainteresowaniem. W miarę wzrastania kosztów, wzrastały także ofiary. Hofbauer, kierowany żywą wiarą, uważał, że żaden wydatek nie był nadmierny, kiedy chodziło o kult Boży.
W czasie wielkich uroczystości organizował procesje wokół świątyni. Jeden z naocznych świadków opisuje z entuzjazmem owe ceremonie: „Szczególnie wspaniała była procesja Bożego Ciała. Dwunastu akolitów niosło kadzielnice. Cały zastęp chłopców, ubranych w białe szaty haftowane złotem, rzucał kwiaty przed Najświętszym Sakramentem. Kapłani, którzy szli bezpośrednio przed Panem, ubrani byli w przepyszne kapy. Baldachim, który podtrzymywało sześciu dystyngowanych kawalerów, przewyższał wspaniałością wszystko inne. Został wykonany przez księżne i damy z najwyższych kręgów szlacheckich. Tylko samo złoto użyte do haftów szacowało się na 3000 florenów. Za Najświętszym Sakramentem szła inna grupa chłopców przybranych w złoto i srebro, którzy wyobrażali cherubinów. Dziewczęta ubierały się na biało i niosły zapalone świece”.
W Wiedniu Klemens, chociaż miał związane ręce przez józefińskie prawodawstwo, starał się także rozwinąć wspaniałość kultu Bożego w kościele sióstr urszulanek. W największe uroczystości zapraszał nuncjusza i seminarzystów. W czasie pogrzebów lubił zgromadzić większą liczbę księży. Tak o św. Benonie jak o Wiedniu można powiedzieć, że prawie zniknęła różnica pomiędzy dniami świątecznymi i dniami pracy, jeśli chodzi o kult. Wielka była bowiem okazałość, jaką Hofbauer codziennie nadawał liturgii.
W tym wystawnym luksusie liturgicznym Klemens kierował się przede wszystkim troską apostolską i misyjną. Liturgia nie była dla Klemensa jedynie kurtuazją wobec Boga. Widział w niej przede wszystkim skuteczny środek apostołowania. „Jeśli chce się pozyskać dla Boga lud żyjący w ignorancji, mówił w pewnej sytuacji, należy celebrować nabożeństwa liturgiczne i nabożeństwa publiczne z całą możliwą okazałością i podniosłością. Uroczystości celebrowane na zewnątrz przyciągają serca swoim blaskiem i wspaniałością; dzięki nim ludzie dają się zdobyć w sposób nieodczuwalny pomimo wszystkich swoich oporów. Lud uczy się więcej dzięki oczom niż uszom. Doświadczyłem tego w Warszawie”. I tak było. Liczni byli niemieccy protestanci, którzy przychodzili do kościoła świętego Benona wyłącznie, aby posłuchać starannie dobranej muzyki, jaką tam wykonywano. W Wiedniu wiele było osób, często z wyższej klasy kościelnej i świeckiej, które brały udział w nabożeństwach celebrowanych przez Klemensa w kościele urszulanek. Niejeden przyciągnięty jedynie ciekawością, wychodził stamtąd z sercem przemienionym na widok wspaniałości owych nabożeństw liturgicznych, a zwłaszcza czci i pobożności, w jakiej przebiegały
6. Głoszenie Dobrej Nowiny
Jedną z głównych form apostolatu Klemensa, by nie powiedzieć najważniejszą, było głoszenie słowa Bożego. Hofbauer był przekonany, że nie pozostawało nic innego, niż głoszenie orędzia Chrystusa, w całej jego wielkości i prostocie, aby móc na nowo schrystianizować lud. Zaledwie przybył do Warszawy i mimo braku apostolskiego doświadczenia, szybko zdał sobie sprawę z wielkich potrzeb duchowych miasta. Warszawa była już wówczas bardzo podobna do naszych współczesnych miast: frywolność i niewiara w wyższych sferach, ignorancja i niemoralność w sferach niższych. Owszem, kleru nie brakowało. W mieście było ponad 400 kapłanów diecezjalnych i piętnaście klasztorów zakonnych. Jednak nasz święty nie był zadowolony z ich działalności. Według niego, przepowiadano niewiele, na dodatek w sposób niezrozumiały i bezduszny. Wobec nadzwyczajnego zła, nadzwyczajne środki. Taka była właśnie logika Hofbauera, prosta i jasna. Jej owocem było stworzenie „nieustannej misji” w kościele św. Benona.
Misje parafialne, tak w mieście jak i na wsi, były zabronione. Hofbauer usiłował przepowiadać na publicznych placach, zwłaszcza w dni targowe, stosownie do tego, co widział we Włoszech, ale rząd pruski szybko mu tego zabronił. „Trzeba znaleźć inny sposób apostolstwa”, konkludował krótko i sucho w liście do przełożonego generalnego. Stąd postanowił założyć swoją kwaterę główną przy kościele św. Benona i zastąpić misje wędrowne nieustanną misją w swoim własnym kościele. W każdy dzień było pięć kazań, trzy po polsku i dwa po niemiecku. W niedzielę była ponadto katecheza w dwóch różnych porach dnia. Sukces był całkowity. Kościół św. Benona stał się najważniejszym centrum ruchu katolickiego w Warszawie.
Po upływie kilku lat nasz Święty zrobił wszystko, aby wprowadzić w Polsce główne dzieło Zgromadzenia, a mianowicie misje parafialne. Mimo przeszkód ze strony rządu, a nawet samych proboszczów, mógł wygłosić swoje pierwsze misje jesienią 1801 roku. Trzy pierwsze misje były prawdziwym sukcesem. W każdej z nich wzięło udział sześciu misjonarzy i trwały od 15 do 30 dni. Ponad jedenaście tysięcy osób przystąpiło do sakramentów. Począwszy od tego momentu każdego roku głoszono misje w parafiach wiejskich w południowych Prusach.
W Wiedniu Hofbauer uczynił z kościoła urszulanek wspaniałe centrum apostolskie. Przed przybyciem Klemensa przepowiadano zaledwie kilka razy w roku. Zaraz w pierwszą niedzielę, już jako kapelan, zapytał w zakrystii, dlaczego nie dzwoniono na kazanie. W odpowiedzi usłyszał: „Ponieważ go nie ma”. Jednak Hofbauer, przy wielkim podziwie zakonnic, kazał uderzyć w dzwony i wszedł na ambonę, aby wygłosić kazanie do zaledwie pół tuzina osób obecnych w kościele. Frekwencja zwiększyła się bardzo szybko i kościół zaczął się wypełniać po brzegi.
Hofbauer nigdy nie został modnym kaznodzieją. Jednak jego kazania robiły wielkie wrażenie. Pewne sprawozdanie policji, która uważnie śledziła wszelkie jego poczynania, zapewniało w roku 1815, że „napływ ludzi na kazania Hofbauera był nadzwyczajny”. Przepowiadanie Klemensa, mocne i surowe, wywołało silny sprzeciw ze strony części księży kurialnych, którzy byli pod wpływami oświecenia. Nie wiemy dokładnie, jak przebiegły wydarzenia, ale jest faktem, że jesienią 1815 roku cała sprawa wybuchła i Hofbauer otrzymał polecenie z arcybiskupstwa, aby zaprzestać przepowiadania. Spokój, z jakim ogłosił wiernym koniec swojego przepowiadania, nie odpowiadał absolutnie jego wewnętrznym odczuciom. Cierpiał. I cierpiał bardzo. Nie tyle z powodu upokorzenia, którego doznał, ile widząc, że wytrącono mu z rąk główną broń jego apostolatu.
Co można powiedzieć o przepowiadaniu Klemensa? Nie zachował się tekst żadnego z jego kazań. Nie miał zwyczaju ich pisać. Zaledwie przygotowywał sobie krótki plan. Dzięki świadectwu ludzi jemu współczesnych możemy częściowo odtworzyć sposób jego przepowiadania. W Warszawie trzymał się metody ściśle homiletycznej. Jako temat swojego tygodniowego przepowiadania brał zwykle Ewangelię z poprzedniej niedzieli. Zwyczajnie wyjaśniał jedynie dwa lub trzy jej wersy, ale robił to tak jasno i żywo, że słuchacze czuli się w pełni usatysfakcjonowani i z żalem patrzyli na zbliżający się koniec pouczenia. Natomiast w Wiedniu jego kazania, mówiąc ogólnie, nie były ani systematyczne ani homiletyczne w ścisłym tego słowa znaczeniu. Były czymś pośrednim, co zapewne nie spodobałoby się naszym teoretykom świętej elokwencji. Rozpoczynał od odczytania Ewangelii. Już w trakcie lektury wprowadzał pewne wyjaśnienia. Następnie analizował cały tekst zdanie po zdaniu. W pewnych miejscach zatrzymywał się, inne szybko omijał, wyciągał to wnioski dogmatyczne, to znów zastosowania moralne. Naukę ewangeliczną zestawiał z ideami i zwyczajami słuchaczy. Na końcu w gorących słowach wzywał do nawrócenia. Ta metoda pozwalała mu na dotknięcie wielu tematów podczas tego samego kazania. Na przykład, dnia 10 września 1815, w święto najsłodszego Imienia Maryi, mówił o świętowaniu niedzieli, nieomylności Kościoła, o czci Matki Bożej i o życiu religijnym. Podczas pobytu w Polsce Klemens przepowiadał codziennie, natomiast w Wiedniu nie miał innego wyjścia, niż połączyć w niedzielnym kazaniu to wszystko, co chciał powiedzieć wiernym.
Żaden z jego naturalnych talentów nie wydawał się predysponować go na wielkiego mówcę. Jego niemiecki pozostawiał wiele do życzenia, bez wątpienia ze względu na przebieg jego formacji intelektualnej i długi pobyt na obczyźnie. Widać było wyraźnie, że nie przejmował się zbytnio formą zewnętrzną. Używał zawsze bardzo prostych wyrażeń i zwrotów. Jego słownictwo było ubogie, jego wyrażenia stereotypowe. Dla osób wykształconych pierwsze wrażenie, jakie wywoływało przepowiadanie Klemensa, nie mogło być przychylne. Wszyscy świadkowie jego przepowiadania mówią o dysproporcji, jaka istniała pomiędzy używaniem środków retorycznych a wynikami, jakie Klemens osiągnął.
Dwa czynniki przyczyniły się głównie do tego niespodziewanego triumfu przepowiadania Hofbauera. Po pierwsze, kontrast w porównaniu do stylu, którego normalnie używali wiedeńscy kaznodzieje w tym czasie; po drugie, wyjątkowa wiara, która przenikała owe proste kazania. Od czasu Józefa II przepowiadanie prawdziwie ewangeliczne powoli zniknęło z ambon Wiednia. Ponadto kler „oświecony” nie zniżał się, aby głosić prawdy typowo katolickie. Zamiast tego podejmowano ulotne rozważania na temat chrześcijaństwa uniwersalnego, miłości uniwersalnej i innych tematów w tym stylu. Przepowiadanie Hofbauera zrywało z tym zwyczajem w sposób gwałtowny. Eucharystia, kult Matki Bożej, spowiedź, czyściec, piekło, szatan, wszystkie te prawdy oraz inne nie mniej podejrzane dla „oświeconych” stanowiły tło dla orędzia, które Hofbauer głosił wyraźnie i zdecydowanie na wszystkie strony Wiednia. W owym czasie było to wielkie wydarzenie. Lud w głębi serca pozostał szczerze katolicki i uradował się, kiedy ujrzał odważnego kaznodzieję, który ośmielił się nazywać rzeczy po imieniu. Hofbauer zerwał ze zmanierowaniem kaznodziei, którzy byli w modzie. Był kaznodzieją ludowym w pełnym tego słowa znaczeniu. Mówił pod natchnieniem chwili a nie według tekstu wyuczonego na pamięć. W wyrażeniach nie troszczył się o subtelność. Często był prawie jowialny. W Warszawie, aby podtrzymać uwagę, stawiał pytania obecnym gimnazjalistom, ale podsuwał im odpowiedź na końcu języka, by uniknąć zamieszania. Publiczność nie tylko słuchała go z przyjemnością, ale wchodziła do własnego wnętrza i zmieniała sposób życia.
Z drugiej strony, Hofbauer żył tym, co głosił i dlatego też jego kazania były jakby głoszeniem całemu światu własnej wiary, gorącej i szczerej, która wstrząsała potężnie duszami.
Jego publiczność składała się głównie z ludzi prostych. Ale stopniowo ludzie z każdego stanu i kondycji przychodzili, aby go słuchać: studenci, mędrcy, artyści, funkcjonariusze, członkowie arystokracji. Wszystkich przekonywał i napawał entuzjazmem. Hofbauer miał wrażenie, i niestety tak było, że katolicy stracili w dużej mierze poczucie wiary. Było rzeczą konieczną „przepowiadanie Ewangelii na nowo”, tak jak w krajach misyjnych. Stąd starał się, aby jego kazania były zawsze treściwe i służyły za wzór prostoty i jasności. Dlatego też mógł usatysfakcjonować zarazem ludzi prostych, jak i wykształconych, takich jak Schlegel, Müller, Werner i filozof Günther, oraz wielu innych studentów i profesorów uniwersyteckich. Wszyscy, lud i poszczególne grupy, potrzebowali Bożego słowa przedstawionego w wielkiej prostocie.
7. Kierownictwo duchowe
W Warszawie Hofbauer cieszył się wielkim powodzeniem jako spowiednik, nie tylko w kościele św. Benona, ale także wśród wielu wspólnot zakonnych jak benedyktynki, wizytki i karmelitanki. Zaledwie został mianowany kapelanem urszulanek w Wiedniu, w pełni oddał się posłudze konfesjonału. Każdego dnia poświęcał kilka godzin rano, aby słuchać spowiedzi. W ostatnich latach życia głównym teatrem jego działalności był konfesjonał a nie ambona. W owym czasie poświęcał przynajmniej trzecią część dnia na kierownictwo duchowe.
Spowiedzi sióstr zakonnych stanowiły dla Hofbauera znaczącą część jego pracy. Filip Veit, jeden z jego uczniów, znalazł go pewnego razu w stanie całkowitego wyczerpania. „Słuchałem spowiedzi w klasztorze sióstr, wyjaśnił mu Hofbauer. Wolałbym wyspowiadać pół wojska austriackiego niż dwie oziębłe zakonnice”.
Jego penitenci należeli do wszystkich warstw społecznych. Jak mówił sam Klemens, wyspowiadał wszystkie klasy wiernych z wyjątkiem papieża i cesarza. Szlachta, studenci i służba domowa stanowili główny trzon osób, które prowadził.
Hofbauer był także powiernikiem duchowym kilku rodzin arystokratycznych. Zanim przybył do Wiednia był już znany nadwornej szlachcie. Cesarz Franciszek II powiedział mu na audiencji w 1797 roku, że słyszał już o jego pracy w Warszawie. Według sprawozdania policyjnego hrabina Leznowska wychwalała wszędzie działalność apostolską Hofbauera w Polsce. W tym okresie prowadził pod względem duchowym księcia Fugger z Babenhausen, księcia Albani, hrabiego Guicciardi, wiele księżniczek i hrabianek, i wielu innych spośród szlachty. Osobom tym, przygotowanym w sposób szczególny do życia wewnętrznego, ale przywiązanym - ze względu na ich stan społeczny - do życia mniej więcej w rozproszeniu, zalecał utworzenie we własnym sercu: „pustyni, małej celi, małego oratorium”, gdzie mogliby wycofać się w każdej chwili, nawet największego rozproszenia zewnętrznego.
Hofbauer czuł się jednak o wiele lepiej pośród skromnych rodzin średniej klasy niż w pałacach arystokratów. Zachował dawną przyjaźń i serdeczność z właścicielami piekarni, w której pracował za młodu. Od czasu do czasu odwiedzał siostry Maul, które uważał za instrument, jakim posłużyła się Opatrzność, aby doprowadzić go do kapłaństwa.
Jednakże umiłowanymi jego serca byli ubodzy. Większa część wizyt była poświęcona właśnie im. Jak mówił pewien świadek, bogaci musieli szukać Klemensa, natomiast on był tym, który szukał ubogich. Napływ ubogich na jego pogrzeb objawia trochę, kim był dla nich Hofbauer. Któregoś razu on sam powiedział, że żaden człowiek, nawet najsilniejszy, nie mógłby udźwignąć ilości złota, które rozdzielił pośród potrzebujących. Jego postać, surowa i budząca szacunek, była popularna na przedmieściach Wiednia.
Hofbauer był spowiednikiem wyjątkowym, o nadzwyczajnej zdolności dokonywania diagnozy duchowej. Jego wrodzona zdolność do przenikania sekretów ludzkiego serca zaostrzała się nieustannie dzięki długiemu doświadczeniu w kierowaniu duszami. Jego penitenci mieli świadomość, że obcują z niezwykłym człowiekiem, któremu mogli powierzyć nie tylko problemy życia duchowego, ale wszystkie problemy i trudności, pewni, że zawsze otrzymają światło i otuchę, aby kroczyć naprzód po krętej drodze życia.
8. Duszpasterstwo młodzieżowe
Młodzież była obiektem wielkiej troski Hofbauera przez całe jego życie. Przed opuszczeniem Włoch otrzymał od papieża i od ojca generała pełne uprawnienia w sprawach edukacji. W Warszawie zorganizował od samego początku bezpłatną szkołę podstawową, która przylegała do klasztoru i zaczęła działać w 1787 roku. W pewnym liście do Wiednia Hofbauer pisał: „Mamy dzieci z różnych grup: Niemcy, Polacy a nawet Rosjanie i protestanci. Praca jest ogromna i nie ma czasu na odpoczynek”. Zebrane dzieci były opuszczone w ścisłym tego słowa znaczeniu. Ileż razy Hofbauer musiał je myć i czesać własnymi rękami. Z braku miejsca nie mógł przygarnąć ich więcej niż tuzin. Dużo większa liczba dzieci otrzymywała w sierocińcu pożywienie i odzież. Ten rodzaj pracy stanowił wielką nowość w Warszawie, gdzie nie było tego typu instytucji.
Interesujące jest następujące sprawozdanie o stanie szkoły zredagowane po niemiecku z racji pruskiej okupacji. „Aktualnie instytut daje wyżywienie czterdziestu dzieciom. Spośród nich 22 mieszka w sierocińcu. Uczniów jest około 200. Nauczanie obejmuje język niemiecki, polski i łaciński, religię, historię, geografię i historię naturalną. Ponadto, jakiś czas temu, rozpoczęła swoją działalność szkoła zawodową. Instytut posiada także kilkoro dzieci za opłatą, wśród nich jest krewny króla Polski. (...) Uczniowie czytają i piszą dość dobrze po niemiecku. Niektórzy także malują”.
Bezpłatna szkoła służyła do potwierdzenia działalności duszpasterskiej Hofbauera. Dzieci stawały się małymi apostołami rodzinnego domu. Były dzieci, które na kolanach prosiły rodziców, aby poszli z nimi do spowiedzi. Hofbauer czytał im codziennie Ewangelię i przed rozpoczęciem lekcji zabierał je na chwilę do kościoła, aby pośpiewać z nimi trochę i odmówić krótkie ale żarliwe modlitwy.
Bardziej niż o chłopców Hofbauer troszczył się o dziewczęta. Dzięki jego interwencji u władz została powstrzymana fala prostytucji, jaka zalewała miasto. Główną przyczyną tej rosnącej niemoralności był brak wykształcenia dziewcząt, zwłaszcza z niskich klas społecznych. W 1794 roku Hofbauer postanowił utworzyć szkołę zawodową dla ubogich dziewcząt. Rok później blisko 200 dziewcząt uczęszczało do szkoły. Uczyły się polskiego, niemieckiego i prac ręcznych takich jak krój i haft. Szkołą tą poświęconą św. Kazimierzowi kierowały kobiety pobożne i oddane, które zgromadziły się, aby prowadzić wspólne życie na wzór zakonnic. Nazywały się Siostrami św. Józefa. Podobnie jak u św. Benona przyjmowano sieroty, tak u św. Kazimierza przyznawano pełne utrzymanie kilku dziewczynom, bardziej narażonym na niebezpieczeństwo, zwyczajnie w liczbie 12-16. Wiele innych zaopatrywano we wszystko to, co było niezbędne, aby mogły żyć i ubrać się. Po zakończeniu kursów, dziewczęta były lokowane u zaufanych rodzin. Dla młodzieży, która przekroczyła wiek szkolny, Hofbauer zorganizował dwa kwitnące stowarzyszenia, jedno dla chłopców, drugie dla dziewcząt.
W 1789 roku Hofbauer złożył prośbę i otrzymał od rządu oficjalne uznanie szkoły św. Benona. W tym samym piśmie prosił o książki i materiały dla dzieci ubogich oraz o fundusze przeznaczone na nagrody dla zdolniejszych dzieci.
Tylko w czasie pierwszych lat istnienia szkoły ojcowie zajmowali się lekcjami. Później Hofbauer posłużył się do tego zadania postulantami, którzy chcieli wstąpić do Zgromadzenia. Przez rok lub dwa zatrudniał ich w szkole. Czas ten służył mu jednocześnie do selekcji przed nowicjatem.
Z punktu widzenia technicznego nie można osądzać tej szkoły według obecnych wymagań, ale według średniego poziomu szkolnictwa w tamtym czasie. Pomimo wszystkich braków, jakie z pewnością istniały w organizacji szkoły, zrobiła ona jednak wiele dobra w mieście. Blisko 500 dzieci, które bez szkoły zostałyby opuszczone, otrzymywały tam w ciągu roku niezbędne podstawowe wykształcenie oraz, co ma większe jeszcze znaczenie, wykształcenie religijne.
W 1812 roku Hofbauer wraz z grupą przyjaciół postanowił założyć w Wiedniu kolegium ściśle katolickie. Jego dyrektorem miał być Adam Müller, umysł najbardziej uniwersalny ze wszystkich romantyków. Hofbauer miał się zająć kierownictwem duchowym. Ze Szwajcarii wezwał ojców Sabelli i Forthuber jako nauczycieli religii. Arcyksiążę Maksymilian de Este przyznał potrzebny kapitał na fundację. Został zakupiony pałac Karoly i odpowiednio dostosowany do nowych potrzeb. Hofbauer ogromnie się radował z projektu, ponieważ w Wiedniu nie było żadnego kolegium katolickiego. Brakowało jedynie państwowego zatwierdzenia. Jednak cesarska komisja nauki odmówiła pozwolenia na otwarcie szkoły. Hofbauer i jego przyjaciele głęboko odczuli niepowodzenie tego planu, w który włożyli tyle nadziei i tak dużo pieniędzy.
Pomimo tego początkowego niepowodzenia Hofbauer rozwinął wielką działalność na rzecz wiedeńskich studentów. Ostatnie wojny napoleońskie, mając na wadze to, co wojna posiada z heroizmu i ofiarności, uszlachetniły stosunkowo dużą liczbę ludzi młodych. Filozofia racjonalistyczna wyraźnie podupadała. Wśród młodzieży czuło się bardzo konieczność pogłębienia korzeni katolicyzmu. Na uniwersytecie w Wiedniu miał miejsce cały szereg radykalnych nawróceń. Szczególnie dwa z nich wywarły wielkie wrażenie: nawrócenie żydowskiego lekarza Emanuela Veitha oraz matematyka Jana Madlenera, którzy otwarcie odrzucili wolnomyślicielstwo i podali do publicznej wiadomości decyzję, że chcą zostać kapłanami. Na wiosnę 1816 roku grupa sześciu czy siedmiu młodzieńców stawiła się u nuncjusza Severoli, aby poinformować go o swoim powrocie do Kościoła, od którego odsunęło ich studiowanie filozofii racjonalistycznej. Jeden z nich poprosił go o życiorys błogosławionego Alfonsa Marii de Liguori, który nieco wcześniej został wyniesiony na ołtarze. Hofbauer został wybrany na kierownika tej grupy, która w lipcu 1816 liczyła już dobrą dwunastkę młodych studentów, według stwierdzenia samego Hofbauera w liście do kardynała Litta.
Dzięki prozelityzmowi członków grupa rosła szybko w następnych latach i mogła w krótkim czasie zgromadzić około 50 studentów. Prym wiedli studenci z fakultetu prawa. Pomagali publicznie w czasie mszy i często przyjmowali sakramenty. Ich relacje ze Świętym były różne. Niektórzy widywali go jedynie w konfesjonale. Inni, około 20 lub 30, bardziej rozmiłowani w Klemensie, odwiedzali go codziennie. W domu czy poza nim, Klemens miał zawsze drzwi otwarte dla młodzieży. Niekiedy nie miał innego wyjścia, niż przygotować kazania w hałasie, który robili. Wówczas to, aby odizolować się choć trochę, zarzucał sobie na głowę jakąś szmatę. Zwykle po południu było najłatwiej znaleźć Klemensa w domu. Tak oto rodziły się owe słynne spotkania, które tyle dobra uczyniły wiedeńskiej młodzieży. Wchodząc Gdy wchodzili do domu, Hofbauer błogosławił młodych, a potem rozdawał jakieś słodycze, które zawsze miał pod ręką.
Jego metoda formowania młodzieży charakteryzowała się łagodnością oraz intuicją. Posiadał w najwyższym stopniu cudowny dar, poprzez który otrzymywał wielkie wyniki dzięki słowu krótkiemu ale sugestywnemu. Nie lubił pustych spekulacji i nie kończących się dyskusji w sprawach wiary. Nie negował użyteczności studium teoretycznego, jak widać to w fakcie, że zachęcał Günthera do studiowania teologii, ale miał zasadę, że wiara żywa i dynamiczna jest o wiele bardziej przekonywująca i skuteczna niż najbardziej ścisłe dowodzenia. Osobiste doświadczenie nieustannie go w tym utwierdzało. „Kto chce prowadzić ludzkie istoty drogą rozumu, mawiał, jedyne co osiągnie, to stworzenie sobie nieprzyjaciół”.
Bliski kontakt, jaki ludzie młodzi mieli z Hofbauerem, był już apostolatem. Prostota i skromność oraz pokój, który było widać na jego twarzy, stanowiły namacalny dowód żywotności ducha. Kiedy Hofbauer chciał posłużyć się argumentami rozumowymi brał je głównie z historii. Ustanowienie, istnienie i rozwój Kościoła były dla niego dowodem najbardziej przekonującym jego boskiego pochodzenia. Nasz Święty był głęboko przeniknięty tym przekonaniem. Przywiązywał większą uwagę do przybliżenia młodym historii Kościoła, życia świętych i postawy wielkich apostołów niż do filozoficznych dysertacji. Jednym słowem, Święty starał się zniszczyć przede wszystkim nie intelektualne zastrzeżenia przeciwko wierze, co głębokie korzenie, na których opierała się obojętność religijna, a mianowicie pychę ducha i buntowniczość ciała. Formowanie młodych w pokorze i czystości było pierwszym celem jego pedagogiki. Wykorzystywał każdą sposobność, jaka się nadarzała, aby prowadzić swoich uczniów do szczerości z samymi sobą. Do uzyskania czystości zalecał praktykę modlitwy i umartwienia.
Troska Klemensa o studentów rozciągała się nie tylko na potrzeby ich ducha, ale także ciała. Owa prawdziwie macierzyńska troska, mająca na uwadze najmniejsze nawet szczegóły, przyciągała nieodparcie młodzież. Gość zdawał sobie sprawę od pierwszej chwili, że jego obecność, daleka od niewłaściwej czy nie w porę, była przyczyną szczerej radości Hofbauera. Zwyczajnie przyjmował młodych uściskiem serdecznym i pełnym życzliwości, który – według słów Pilata, studenta Politechniki – wywoływał w duszy przyjemne uczucie pokoju i zdrowego optymizmu.
Wyraźnym dowodem sukcesu Hofbauera wśród studentów był rozkwit powołań, jakie rozbudzał na swej drodze. Liczni są jego uczniowie, którzy przyjęli powołanie kapłańskie lub zakonne. Po śmierci Świętego, kiedy Zgromadzenie zostało zatwierdzone w Austrii, liczna grupa jego uczniów przyjęła habit Najświętszego Odkupiciela. Stąd też wielu rodziców lękało się o własnych synów, kiedy widzieli ich częste kontakty z Hofbauerem. Nie chodzi o to, że Klemens zarzucał na nich bezczelnie haczyk. Jego zasadą było nie mówienie bezpośrednio o powołaniu. Powołania jednak rodziły się same przez się wokół niego. Nigdy nie brakowało powołań w Kościele, ale często brak jest kogoś, kto starałby się je obudzić, a nawet w pewnych sytuacjach zdecydowanie się je niszczy. Sukces osiągnięty na tym polu przez Hofbauera należy tym bardziej cenić, że w owym czasie Austria przeżywała ostry kryzys powołań.
Być może, że ten apostolat wśród młodzieży sprawił, że Klemens powrócił do dawnego projektu Müllera, aby założyć ośrodek wychowawczy dla klas rządzących. Był to jedyny sposób, aby dać solidniejsze podstawy dziełu, które rozpoczął na rzecz młodzieży. Tym razem projekt został zrealizowany z zaskakującą szybkością i łatwością. Dyrektorem został nie Adam Müller, ale Fryderyk von Klinkowström. Był to wspaniały wychowawca i człowiek o szerokiej kulturze. Dzięki pośrednictwu arcyksięcia Maksymiliana de Este uzyskano pozwolenie cesarza na otwarcie ośrodka. Szkoła zaczęła działać w październiku 1818 roku. Tak ze względu na nauczanie jak na system wewnętrzny odpowiadała najbardziej ścisłym wymogom pedagogicznym. To, co ją jednak charakteryzowało i odróżniało od innych podobnych instytutów tego czasu to duch Ewangelii, który posiadała jako podstawową zasadę pedagogiczną. Ten duch przenikał wszystko: nauczanie, dyscyplinę, porządek dnia. Nie było jednak presji ascetycznej na uczniach. Praktyki pobożne polegały na modlitwach rano i wieczorem, błogosławieniu stołu i codziennym uczestnictwie we Eucharystii. Z drugiej strony popierano na wszelkie sposoby radość i rozrywkę charakterystyczne dla młodości. Sami nauczyciele prowadzili gry, a nawet brali w nich udział.
Założenie tego ściśle katolickiego instytutu należy uważać za wielki sukces w tamtych czasach. Nie ma wątpliwości, że była to jedna z wielkich radości Świętego. Odwiedzał go często i mógł być świadkiem jego pierwszych osiągnięć.
9. Środki komunikacji
Jednym z głównych zadań, jakie Hofbauer polecał Oblatom, było rozpowszechnianie dobrych książek. Chociaż on sam nigdy nie podjął się pisania, aby w ten sposób wejść w kontakt z czytelnikami, nie uszło jego uwadze ogromne znaczenie literatury i prasy. Redemptoryści ze św. Benona dokonali wielu tłumaczeń i reedycji cenionych dzieł ascetycznych. Hofbauer założył nawet małą drukarnię w klasztorze w Warszawie.
W czasie swojego pobytu w Wiedniu, Klemens posłużył się współpracownikami i przyjaciółmi, wśród których znajdowało się wielu uczonych, pisarzy i poetów, aby rozwinąć szeroki apostolat w prasie. Krąg jego wiedeńskich przyjaciół przemienił się powoli w centrum ruchu literackiego, którego znaczenie było bardzo korzystne dla owej epoki. Dzięki nawróceniu Pilata, najbardziej wpływowa gazeta austriacka „Obserwator Austriacki”, kierowana przez tego nowego ucznia Hofbauera, zaczęła odtąd sprzyjać sprawie Kościoła. Artykuły, które pojawiały się w tej gazecie, podpisane przez Schlegela, Müllera, Pilata i Klinkowströma miały szeroki wpływ na wielu czytelników.
Literatura przeznaczona do zabicia czasu wolnego nie należała do osobistych upodobań Hofbauera. Święty posiadał jednak wielkie idee na ten temat. Rozumiał doskonale potrzeby innych. Często mówił o skłonności Niemców do czytania i o konieczności, aby podać im stosowne pożywienie. Stąd też osobiście wziął udział w tworzeniu czasopisma „Ölzweige” (Gałązki oliwne), kierowanego przez jednego z jego uczniów, Jerzego Passy. Publikacja ta, która osiągnęła wyjątkowy sukces, oprócz artykułów na temat duchowości, zawierała opowiadania, piosenki, poezje i eseje teatralne. Czasopismo spotkało się z tak wielkim przyjęciem, że było konieczne powtórne wydanie niektórych numerów już opublikowanych.
Upodobania Klemensa kierowały się jednak ku literaturze religijnej. Zadanie tłumaczenia i wydawania dzieł ascetycznych, które w Warszawie wykonywali współbracia, w Wiedniu zlecił swoim uczniom. Wysiłki Passy i Silberta, aby odnowić literaturę ascetyczną w Niemczech są bardzo ważne. Jednak tym, który rozwinął najintensywniejszą działalność na polu literatury religijnej był przede wszystkim Franciszek Schmid, bliski przyjaciel Hofbauera. Ponieważ choroba płuc uniemożliwiała mu przepowiadanie, stał się niestrudzonym pisarzem. Od 1809 roku do 1845 napisał znaczącą liczbę religijnych książek w różnych językach i skierowanych do ludzi wszystkich stanów: studentów, klasy średniej, żołnierzy, służby, czeladników, rzemieślników. Między innymi wydrukował po hebrajsku proroctwa mesjańskie, aby rozprowadzić je wśród Żydów.
Jaki wpływ miał Hofbauer na ten wiosenny rozkwit literatury katolickiej? Na pierwszy rzut oka trudno jest dostrzec coś, w czym ten prosty kapłan, bez szczególnej formacji, mógłby pomóc ludziom uczonym, których było wielu wśród jego przyjaciół. A jednak – i to wydaje się szokujące – ci ludzie gorąco pragnęli przedstawić swoje dzieła swojemu ojcu duchowemu, pewni, że znajdą w nim pełne zrozumienia przyjęcie.
Mówiąc ogólnie, apostolat literacki Klemensa ograniczał się praktycznie do funkcji kierownika duchowego. Potrafił uczynić z artystów i uczonych osoby przekonane do swojej wiary. W ten sposób włączył sztukę i literaturę do religii. Podlał korzenie drzewa, liście wyrosły same.
10. Przesłanie św. Klemensa dla dzisiejszego chrześcijanina
Prawie dwa stulecia dzielą nas od śmierci Hofbauera. W tym okresie ruch katolicki, na którego zapoczątkowanie miał tyle wpływu św. Klemens, rozwijał się niczym drzewo z ewangelicznego ziarnka gorczycy. Duża część inicjatyw Hofbauera jest dzisiaj wspaniałą rzeczywistością. Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela rozprzestrzeniło się we wszystkich pięciu częściach świata. Dzisiaj jest jedną z najliczniejszych i najbardziej skutecznych wspólnot męskich. Kościół i papież cieszą się dzisiaj autorytetem moralnym i międzynarodowym prestiżem jak nigdy dotąd na przestrzeni stuleci.
Nie została jeszcze, niestety, osiągnięta jedność z protestantami i prawosławnymi w jednej owczarni Chrystusa, tak upragniona i oczekiwana przez Hofbauera, ale udało się usunąć wiele uprzedzeń i stworzyć klimat większego wzajemnego zrozumienia. Przepowiadanie powróciło do ewangelicznej prostoty, o którą tak walczył Klemens. A cóż powiemy o postępie społecznym i wychowawczym w ostatnim czasie i o wspaniałej pracy, którą rozwija na wszystkich płaszczyznach apostolat ludzi świeckich?
Niestety także zalążki rozkładu, które pojawiały się wszędzie przy końcu XVIII wieku i na początku XIX, rozwinęły się w sposób straszliwy. Zdegenerowany racjonalizm doprowadził do najgorszych i ekstremalnych konsekwencji rozdzierając ludzkość na dwie części: marksizm i kapitalizm. Wojna i głód nadal są codzienną rzeczywistością i a niszcząca siła mocarstw poważnie zagraża przyszłości wszystkich.
W tym decydującym momencie, kiedy Kościół odkrył siebie lepiej jako sługę Królestwa Bożego, brak jest grupy apostołów gotowych na wszystko, ożywionych silną mistyką jak w czasach rodzącego się chrześcijaństwa i zdecydowanych, aby poświęcić swoją wygodę, przyszłość ekonomiczną i, jeśli trzeba, nawet własne życie w obronie ewangelicznych ideałów. Po drugiej stronie istnieje grupa fanatyków propagujących błąd. Tej mistyce należy przeciwstawić inną mistykę. Potrzebujemy szwadronu apostołów na wzór świętego Klemensa. Jeśli dzisiejszy świat będzie zdolny stworzyć taką siłę uderzeniową złożoną z grupy chrześcijan, którzy posiadają tę samą wiarę, to samo serce i to samo poczucie inicjatywy, które zdobiło Hofbauera, wówczas nie będzie czego się obawiać, ani dewiacji współczesnej filozofii, ani uprzedzeń politycznych działaczy państwowych, ani też straszliwej broni napastników.
Takie jest przesłanie, które święty Klemens przekazuje współczesnemu światu i taka powinna być modlitwa, którą my, wszyscy ludzie dobrej woli, powinniśmy wznosić do nieba za jego pośrednictwem.
1 W Polsce bardziej znana jest nazwa Maria am Gestade (przyp. tłum.).